Listy młodego diabła do starego

Clives Staples Lewis

Powieść w listach nie jest nowym wynalazkiem. Wystarczy wspomnieć tak szacowne dzieło, jak „Cierpienia młodego Wertera” Johanna Wolfganga Goethego. Nawet tytuł wyżej wymienionego utworu pachnie kurzem starych, od dawna nieuczęszczanych sal bibliotecznych.  Konia z rzędem temu, kto z zapałem weźmie się do jego lektury, nie mówiąc już o wylewaniu łez wzruszenia, omdleniach, noszeniu kamizelek o kroju i kolorze tytułowego bohatera czy (nie daj Boże) modzie na masowe samobójstwa, również pod wpływem tej powieści…  

0
0,0 rating
0 z 5 gwiazdek (na podstawie 0 opinii}
Wyśmienity0%
Bardzo dobry0%
Przeciętny0%
Słaby0%
Bardzo słaby0%

Powieść w listach nie jest nowym wynalazkiem. Wystarczy wspomnieć tak szacowne dzieło, jak „Cierpienia młodego Wertera” Johanna Wolfganga Goethego. Nawet tytuł wyżej wymienionego utworu pachnie kurzem starych, od dawna nieuczęszczanych sal bibliotecznych. Konia z rzędem temu, kto z zapałem weźmie się do jego lektury, nie mówiąc już o wylewaniu łez wzruszenia, omdleniach, noszeniu kamizelek o kroju i kolorze tytułowego bohatera czy (nie daj Boże) modzie na masowe samobójstwa, również pod wpływem tej powieści…

Co innego listy doświadczonego diabła do młodszego kuzyna, zawierające instruktaż werbowania do piekła nowych lokatorów. Brzmi apetycznie. Już sam „diabeł” w tytule kusi, żeby otworzyć tę (cienką w dodatku!) książkę. Jakoś tak jest, że zło ciekawi, przyciąga uwagę, fascynuje… Wystarczy przyjrzeć się, czym zazwyczaj zajmują się dziennikarze. Czy tworzą reportaże o szczęśliwych, kochających się rodzinach? Akcjach charytatywnych? Lekarzach, nauczycielach, księżach, siostrach zakonnych z powołania, pracujących z pasją i oddaniem? O państwach czy regionach, gdzie panuje dobrobyt i obywatele są szczęśliwi? No, zdarza się. Najczęściej w mediach katolickich. A w pozostałych? Rozwody i kolejne romanse gwiazd. Nauczyciele znęcający się nad uczniami (im bardziej spektakularnie, tym lepiej). Nieuczciwi lekarze. Księża czy siostry pogubieni na drodze powołania. Głód. Wojna. Bieda. Zamachy. Bo to „chwyci”.

Mamy więc powieść z piekła rodem: „Listy starego diabła do młodego” Clivesa Staplesa Lewisa (tego samego, który napisał „Opowieści z Narni”). Adept sztuki kuszenia o imieniu Piołun ma sprowadzić na złą drogę „pacjenta” czyli przydzielonego mu podopiecznego. Pomaga mu w tym listownie wujek o wdzięcznym imieniu Krętacz. Książkę cechuje wysmakowany sarkazm. Autor uzyskał ten efekt przez odwrócenie perspektywy: znamy tę historię od czasów przedszkolnej katechezy z punktu widzenia Pana Boga („Gdzie jesteś, Adamie?”) i człowieka („Ukryłem się, bo jestem nagi”) – ale diabła?! W dodatku diabła podglądanego przez czytelnika „od kuchni”. Zdradzającego sekrety sprowadzania na manowce. Bezwstydnie odkrywającego kulisy swojej pracy. Pewien poczciwy duchowny z wiejskiej parafii napisał nawet list do czasopisma „The Guardian” – gdzie książka zaczęła się po raz pierwszy ukazywać w odcinkach w latach 40. XX wieku – że rezygnuje z prenumeraty, ponieważ… porady udzielane w tych listach są nie tylko błędne, ale wręcz diaboliczne (!).

Po co taki zabieg? Czy nie prościej byłoby napisać: „ludzie, strzeżcie się diabła, bo on naprawdę istnieje”? Oczywiście, że prościej, tyle tylko, że tekst nie miałby wtedy takiej siły rażenia. Przyzwyczailiśmy się nieco do obrazu diabła w literaturze i sztuce, podobnie zresztą, jak do wizerunku anioła. Pierwszy jest dobroduszny, obowiązkowo z ogonem, rogami, widłami i szczerbatym, niezbyt inteligentnym uśmiechem. Trudno się bać takiego „jasełkowego” diabła. Drugiego dla odmiany zbiorowa wyobraźnia ubiera w pastelowe, zwiewne sukienki i każe mu fruwać nad kładką, po której ma przejść dwójka dzieci. Albo stać z doczepionym skrzydłami ze styropianu przy Stajence Betlejemskiej. A przecież anioł jest wojownikiem, a nie jakimś niedożywionym różowawym dziewczęciem!

„Jeśli chodzi o diabły, istnieją dwa równie wielkie, a równocześnie przeciwstawne sobie błędy(…). Jednym z nich jest niewiara w ich istnienie. Drugim wiara i przesadne, a zarazem niezdrowe interesowanie się nimi. Oni sami są jednakowo zadowoleni z obu błędów i z radością witają zarówno materialistę, jak i magika” – pisze sam autor w przedmowie. Powieść jest próbą prostego i przystępnego, choć trochę przewrotnego pokazania, jak funkcjonuje mechanizm zła w życiu człowieka, a zarazem w historii.

Zło nie jest tak patetyczne i widowiskowe, jak to ukazują filmy, powieści czy reportaże. To, co wydaje się najbardziej atrakcyjne dla pisarzy, poetów, malarzy, filmowców czy dziennikarzy – a więc wojny, rewolucje, terror, nierówność społeczna, kataklizmy, przemoc – jest jedynie skutkiem czegoś, co dokonuje się w naszym ludzkim życiu prawie niezauważalnie, każdego dnia, kropla po kropli… Możemy się zdziwić, jak wiele zależy od tego, czy w kościele będziemy się koncentrować na tym, że nasz sąsiad z ławki fałszuje, czy na tym, co się dzieje na ołtarzu. Czy zdecydujemy się doczytać ważną książkę do końca, czy zrobimy sobie przerwę na lunch. Czy wybierzemy samotny spacer czy kolację z ludźmi, których UWAŻAMY za przyjaciół.
Oczywiście nie chodzi o to – broń Boże! – żebyśmy wpadali w jakieś skrupulanctwo czy chore poczucie winy. Chodzi jedynie o pewną czujność. Co wybieram? Dlaczego akurat to? Czy mi to służy? Czy mogę przypuszczać, że wyniknie z tego dobro? Bo jeśli nie, to naprawdę nie warto. Pewnie nie pójdziemy od razu do piekła, ale możemy być o milimetr bliżej…

„Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie oddam się w niewolę” – pisze święty Paweł (1 Kor 6, 12). Wolno mi plotkować. Wolno mi lekceważyć Dekalog albo uznawać tylko te przykazania, które mi „pasują”. Wolno mi być nieuczciwym. Wolno mi krzywdzić innych dla jakichś własnych korzyści. Wolno mi uważać niedzielną Eucharystię czy katechezę w szkole za stratę czasu. Ale czy warto? Pan Bóg mógł nie dopuścić do grzechu pierworodnego. Zatrzymać dłoń ciekawskiej Ewy, która wdała się w dyskusję z nieznajomym… A jednak wyposażył człowieka w skarb, który sprawia, że człowiek sam WYBIERA Boga: wolność. Dar ten sprawia, że możemy niestety wybrać również Przeciwnika Boga…

Piekło to nie jest jakaś wielka patelnia, na którą musi trafić konkretny odsetek ludzi, bo tak sobie wymyślił Pan Bóg, bo w niebie jest za mało miejsca, bo to byłoby nudne, gdyby wszyscy szli do nieba, bo… Piekło jest tragedią złego skorzystania z wolności. Nie jest wyborem BOGA, lecz CZŁOWIEKA, który sam się na to miejsce skazuje. O takich właśnie poważnych sprawach pisze Lewis. W sposób bardzo niepoważny i przez to przemawiający do wyobraźni. Życzę Wam (i sobie), żebyśmy się wszyscy spotkali w niebie.

Siostra Benedykta Baumann

Siostra Benedykta Baumann

www.zakonnicabezprzebrania.blogspot.com

Zakonnica bez przebrania, dominikanka, Twórczyni Teatru Dzikie Koty. Prowadzi duszpasterstwo młodych aktorów. Wychowana w rodzinie aktorskiej, pośród scenografii teatralnej.