Kler (2018)

reż. Wojciech Smarzowski

Bardzo mocna końcówka. Jeszcze mocniejsza (i genialnie zagrana) scena, kiedy bohater spotyka księdza, który go zgwałcił w dzieciństwie. Te ich twarze… spojrzenia… milczenie… Wbija w fotel. Dosyć dobre dialogi. Wstrząsające, wyraziste, symboliczne obrazy. Rewelacyjna, przejmująca muzyka. Ale film mnie zmęczył. Zastanawiałam się, dlaczego. Już wiem. Przez swoją jednowymiarowość. Żeby było jasne: z tego samego powodu męczy mnie większość produkcji religijnych typu „Bóg nie umarł „.

0
0,0 rating
0 z 5 gwiazdek (na podstawie 0 opinii}
Wyśmienity0%
Bardzo dobry0%
Przeciętny0%
Słaby0%
Bardzo słaby0%

Recenzja filmu

Byłam na „Klerze”. Pozostało mi w głowie kilka przygnębiających obrazów. Obskurne ściany i rzędy ponurych, metalowych łóżek przypominających szpitale dla obłąkanych sprzed 100 lat albo kwatery na cmentarzu. Słowem: ośrodek dla dzieci prowadzony przez siostry zakonne. Tak, tak. Retrospekcja. Ale bohater wraca tam po latach, współcześnie, a placówka wygląda identycznie. Jakby się tam czas zatrzymał. Serio? Cóż. Można dyskutować o tym, na ile siostry zakonne są zaangażowane w swoją pracę wychowawczą, na ile są czułe, kochające i oddane powierzonym im dzieciom (choć uwierzcie: znam takich sióstr bardzo dużo!). Ale takich ośrodków najzwyczajniej nie ma.

Dlaczego? Bo standardy unijne na to nie pozwalają. Gdyby taki gdzieś się uchował, siostry musiałyby go natychmiast zamknąć, a dzieciaki rozesłać do innych placówek.
Druga sprawa: ministranci z podstawówki sprzątający kościół. Czyżby? Byłam na wielu parafiach i ani razu nie widziałam. Robią to zazwyczaj albo osoby świeckie (zakonne) pracujące w zakrystii. Albo są dyżury różnych wspólnot (rodzin). 
Trzecia rzecz: cytat z Ewangelii o fałszywych prorokach i wilkach w owczej skórze. Tak. Jeden z najmocniejszych w Piśmie Świętym. Jak się to wrzuci jako motto, to chwyci, panie reżyserze, prawda? Szkopuł w tym, że Założyciel Kościoła użył tych słów w zupełnie innym kontekście.
Czwarta rzecz: księżowscy bohaterowie rzucają k…wami i innym językowym mięsem częściej niż robotnicy na budowie (z całym szacunkiem dla ciężko pracujących robotników). Nawet w kurii. Nie oszukujmy się: bywa i tak… Ale wszędzie? Zawsze? Na każdym zakręcie? Co drugie słowo?
Piąta rzecz. Ani razu nie pada słowo „Bóg” czy „Jezus”, a Pismo Święte jest cytowane tylko w kontekście pijackiej zabawy. Serio? Księżom się nie zdarza mówić o Bogu? Modlić? Zastanawiać nad swoją wiarą? To ja chyba żyję na jakiejś innej planecie.
Dlaczego się czepiam mało istotnych detali? Ano dlatego, że widać wyraźnie, że autor genialnego „Wołynia” i „Róży” swobodniej się porusza po świecie sprzed 70 lat niż po rzeczywistości współczesnego Kościoła. Bo w nim po prostu nie jest…

Film oblewa widza złem jak pomyjami. Od stóp do głów. Tak. Tego się nie da inaczej określić. W ciągu kilkudniowej akcji mamy cały dorodny katalog siedmiu grzechów głównych: seks z nieletnimi ministrantami, romans i ciążę, alkoholizm, brudne interesy, cynizm biskupa i jego „dworu”. I napis na plakacie: „Nic co ludzkie nie jest im obce”. Oh… really? W takim razie co z takimi „ludzkimi” sprawami jak wiara i zmagania o nią, nadzieja, miłość, odpowiedzialność za swoją drogę życiową, pomoc słabszym, poświęcenie, życie z jakąś pasją? To już nieludzkie? Tego nie ma? Oj, będę nudna i powtórzę: to ja chyba żyję na jakiejś innej planecie, bo znam mnóstwo księży i sióstr, którzy tak właśnie rozumieją bycie człowiekiem w kontekście swojej wiary i powołania. I sama staram się tak żyć, oczywiście z różnym skutkiem, ale do tego dążę. Dojrzewam. Walczę. Zmagam się.

Przejdźmy do spraw artystycznych. Bardzo mocna końcówka. Jeszcze mocniejsza (i genialnie zagrana) scena, kiedy bohater spotyka księdza, który go zgwałcił w dzieciństwie. Te ich twarze… spojrzenia… milczenie… Wbija w fotel. Dosyć dobre dialogi. Wstrząsające, wyraziste, symboliczne obrazy. Rewelacyjna, przejmująca muzyka. Ale film mnie zmęczył. Zastanawiałam się, dlaczego. Już wiem. Przez swoją jednowymiarowość. Żeby było jasne: z tego samego powodu męczy mnie większość produkcji religijnych typu „Bóg nie umarł „. Są tak samo jednowymiarowe i jednotonalne, tylko w drugą stronę. Gdybym zdecydowała się zrobić film o takiej tematyce i pokazać zło w Kościele, to wprowadziłabym kontrast. Konflikt. Przeciwwagę. Choćby jednego księdza czy siostrę żyjącą w zgodzie z powołaniem. Zakochaną w Mistrzu z Nazaretu, będącym, czy tego chcemy, czy nie, Założycielem Kościoła. Po co? Żeby bronić „kleru”? Nie. Po to, żeby nie upraszczać rzeczywistości. Pokazać jej różnorodność i nieoczywistość. Bo tylko wtedy można konstruktywnie dyskutować na temat dobra i zła.

Siostra Benedykta Baumann

Siostra Benedykta Baumann

www.zakonnicabezprzebrania.blogspot.com

Zakonnica bez przebrania, dominikanka, Twórczyni Teatru Dzikie Koty. Prowadzi duszpasterstwo młodych aktorów. Wychowana w rodzinie aktorskiej, pośród scenografii teatralnej.

Wasza ocena

0
0,0 rating
0 z 5 gwiazdek (na podstawie 0 opinii}
Wyśmienity0%
Bardzo dobry0%
Przeciętny0%
Słaby0%
Bardzo słaby0%

Ocen film

Wszystkie opinie

There are no reviews yet. Be the first one to write one.